To była kiepska noc. Dreszcze, zbijanie gorączki – totalnie mnie rozłożyło. Albo to te nieustannie wiejące wiatry, albo niedoleczone przeziębienie jeszcze z Polski. Pewnie jedno i drugie. Paweł widząc mnie w takim stanie postanawia szukać noclegu jak tylko dotrzemy na La Graciosa i na dziś planujemy relaks. Najchętniej zostałabym w namiocie cały dzień, ale jakoś się pozbierałam i o 9, zgodnie z planem, odpłyneliśmy promem. Bilet w 2 strony kosztuje 20 euro, dla tubylcow oczywiście dużo taniej. Ludzie żyją tu głównie z rybołóstwa i turystyki wiec wiadomo… każdy orze jak może ;-). 30 minut po falistym oceanie i jesteśmy na niewielkiej wysepce, jedynej zamieszkanej z archipelagu 7 wysp, do której należy La Graciosa. Mimo że jest miasteczko i są samochody, to nie ma ani kawałka asfaltowej drogi. Idziemy do baru żeby złapac wi- fi, pytamy czy jest internet? Si, si, słyszymy. Zamawiamy kawkę, płacimy. Pytamy o hasło do internetu. Wi-fi? No, no wi-fi… Tak więc długo nie siedzimy, w ciemno idziemy znaleźć jakiś nocleg. Na bookingu były tylko opcje za ponad 50 euro za 1 noc, ale szybko trafiamy na pensjonat gdzie dostajemy pokój z łazienką za 30 euro przy jednym noclegu a 25 przy dwóch. Płacimy od razu za dwa i korzystamy z tego wielkiego luksusu jakim jest prysznic. Robimy pranie, organizujemy się i wychodzimy na mały spacer żeby i z tego dnia coś jeszcze jednak wycisnąć. Ruszamy wzdłuż plaży, najpierw wytyczoną ścieżką, później bardziej na dziko, bliżej wody. Plaża jest piaszczysta więc co jakiś czas korzystamy z miękkiego podłoża i leżymy błogo. Tego nam brakowało w ostatnich dniach. Strój kąpielowy jest niepotrzebny, wiekszość osób kąpie się i opala tak jak ich Pan Bog stworzył ;-). Idziemy przez bajeczną plażę, już dalej od miasta, wydaje się być ona oazą spokoju więc znowu się zatrzymujemy. Paweł wskakuje do wody, przy okazji mierząc jej temperaturę – 20 stopni. Leżąc w słońcu najwyżej zarejestrował 41 stopni. Wciąż wiejący wiatr w ogóle nie pozwala tego odczuć. Jest ciepło, ale o upale nie ma mowy, także słońce nie jest męczące, ale do wiatru ciężko się przyzwyczaić. Nasza dzika plaża szybko zmieniła charakter kiedy podpłynął katamaran z grupką turystów. Kapitan przez megafon wygłaszał komunikaty dotyczące przerwy. Około 10 min. po angielsku, następnie po hiszpańsku, a później już nie słuchaliśmy. Pasażerowie wysypali się na brzeg, wyrzucili mini-kajaczki, rozstawili leżaczki i już po naszej oazie spokoju ;-). Wyspa urzeka nas swoją malowniczością, trudno jest ją opisać słowami. Lazurowa woda, dzikie fale, raz pustynna równina, gdzie indziej powulkaniczne czarne gruzowiska, w oddali inne wysepki. Kolory uwydatnia idealna pogoda, świeci słońce, co jakiś czas przepływa chmurka. Ścieżki są bardzo przyjazne do chodzenia. Tylko krótkie odcinki sa piaszczyste, a większa część drogi, mimo że zupełnie naturalna, jest twarda, więc idzie się przyjemnie. Zrobiliśmy kółko obchodząc zachodnią część wyspy, około 13 km, i dzisiaj to też był szczyt moich możliwości. Pod wieczór już tylko szybkie zakupy. Przydatny okazuje się słownik wgrany do telefonu. Mimo że ludzie żyją tu z turystyki, niewielu zna angielski. I jak tu wytlumaczyć pani że chcemy chleb? Na migi nie rozumie, po angielsku też nie, a na półkach sklepowych nie ma pieczywa. W końcu słownik pokazuje ‚pan’, na co pani przynosi koszyczek, podnosi serwetkę, pokazuje świeże pieczywo i życzliwie się śmieje :).

Share Button