Ranek podobny do wszystkich innych, po ciemku wymykamy się z sali, niektórzy jeszcze śpią. Wstawiam wodę na herbatę, szykuje śniadanko i słyszę jak ktoś mówi po polsku. Wreszcie rodacy i najmłodszy pielgrzym na drodze którego spotkaliśmy, 7 letnia dziewczynka z mamą, Polki obecnie mieszkające w Berlinie. Pogoda nam dopisuje, niedługo ma się popsuć, ale dziś jeszcze słońce. Mijamy słupki odliczające kilometry do Santiago, dziś już widzimy od 11 km w dół, przy słupku wskazującym na to że zostalo już tylko 5 km, Paweł pyta mi się czy jestem podekscytowana że już zaraz osiągniemy nasz cel i dojdziemy do katedry w Santiago. Nie umiałam skłamać, choć chyba wypadało powiedzieć że oooo baardzo 🙂 Ale nie, zero podekscytowania, zero euforii, bardziej wdzięczność za to że zdrowie dopisało, kolana i stawy wytrzymały, plecy dały radę nieść ciężar i wszystko nam się powoli układało na drodze. Tak, wdzięczność to dobre słowo. Inne, którym bym opisała moje odczucia to żal. Żal że coś się kończy, że zbliża się nieuchronna rzeczywistość, chciałoby się tak iść i iść… Nie cel jest najważniejszy, ale cała droga, dziesiątki ludzi, setki miejsc, tysiące myśli, mnóstwo widoków, trudności, potu, bólu, radości. Także wchodzę już do miasta Santiago i jest to dla mnie po prostu kolejna miejscowość na trasie. Zakatarzeni i przeziębieni, ostatni przystanek robimy przy aptece, żeby zaopatrzyć się w lekarstwa i idziemy dalej żeby zdążyć na msze dla pielgrzymów, która odbywa sie codziennie o 12 w katedrze. Około 11.30 wchodzimy na plac katedralny i coś się zmienia. Katedra i budynki dookoła robią wrażenie, ich starość i majestatyczność, każą poczuć się wyjątkowo że możemy tu być. Chcemy wejść od razu do kościoła, ale zaczyna się. Wejście nie z tej strony tylko z drugiej. To idziemy. Znaleźliśmy wejście, okazuje się że nie można wejść z plecakami, to musimy znaleźć przechowalnie bagażu. Po drodze mijamy całe grupy pielgrzymów, jedni odpoczywają, inni robia zdjęcia, jeszcze inna specyficzna grupa krzyczy w euforii bo spotyka innych znajomych z drogi. Znajdujemy przechowalnie, nie ma lekko, zanim zostawimy plecaki musimy jescze wypełnić formularz, odczekać swoje, zapłacić 4 euro i wreszcie możemy wejść do katedry. Całe te formalności i tłumy (nie chciałabym widzieć co tu się dzieje w sezonie) troche zniesmaczają, ale nie dajemy się zniechęcić. Msza święta, mimo że odprawiana po hiszpańsku, jest dla mnie piękną nagrodą i najlepszym uwieńczeniem podróży. Możemy się w spokoju pomodlić i wyciszyć. Mszę odprawia 6 księży z różnych krajów, pewnie część z nich też właśnie zakończyła swoją pielgrzymkę. Katedra wewnątrz też robi wrażenie, zwłaszcza gdy grają potężne organy. Po mszy korzystamy z tego że jesteśmy bez bagażu, chłoniemy klimat starówki, robimy sobie piknik w kameralnym miejscu na wzgórzu parku i po 16 idziemy się zameldować na nocleg. Dziś postawiliśmy na hostel, za albergue w sali na 200 osób trzeba by zapłacić za 2 osoby 20 euro, tu w samym centrum mamy pokój 2 osobowy za 30 euro. Szybki restart i czas poszwendać się po mieście, na spokojnie idziemy do katedry, tym razem jest o wiele mniej osób, na starówce przeciwnie. Nie wiem jak to wygląda w wakacje, ale nawet teraz na chodniku było gęsto od ludzi. Mnóstwo restauracji, większość oferuje owoce morza, knajpek, sklepików z pamiątkami, grajków ulicznych, ulice tu żyją cały dzień, ale wieczorem szczególnie tętnią. Z parku miejskiego jest świetny widok na katedrę, łapiemy po 2 kawałki pizzy, kupujemy sangrie i idziemy ją podziwiać najpierw o zachodzie słońca, a później, już podswietloną o zmroku. Coś się kończy, coś się zaczyna. Troche przebłyskuje szczęście, trochę smutek że już doszliśmy. Dużym jednak dla nas pocieszeniem jest to, że mamy jeszcze trochę czasu i chcemy go wykorzystać żeby dojść na tzw. koniec świata, czyli Fisterre. Jutro idziemy dalej. Hurra!

Share Button