Po zmianie czasu, znów wracamy do nawyków z Portugalii,czyli pobudka o 6 i wyjscie o 7. Wykorzystujemy fakt posiadania kuchni i robimy ciepłe śniadanko, wyjście na rześkie powietrze jest dużo bardziej znośniejsze z rozgrzanym i pełnym żołądkiem 🙂 dziś wg przewodnika nie ma być na trasie i na noclegu żadnego sklepu, zresztą z doświadczenia już wiemy, że w niedzielę lepiej nie nastawiać się na zakupy. Wczoraj więc zrobiliśmy większe zapasy, przez co nasze bagaże sa dziś mniej znośne niż zwykle. Od rana pięknie świeci słońce, czujemy się ekskluzywnie, to ponoć rzadkość w deszczowej galicji. Rano wchodzimy na leśne ścieżki, słońce wpadające na paprocie i porośnięte gęsto bluszczem drzewa daje nam piękne widoki i wynagradza długie podejście. Na pierwszych 9 km prawie cały czas, na szczęście dość delikatnie pod górę. Leśna ścieżka niestety później zamienia się na długie etapy po asfalcie, raz w górę, raz w dół, teren jest mocno pofalowany, tym bardziej doskwiera nam dziś cięższy bagaż. Po drodze mijamy sporo osób, po kameralnej rocie i camino portugalskim nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Nie da się myśleć o tym kto gdzie idzie, czy do tego schronisla co my czy innego i kto będzie pierwszy, żeby nie stracić wolnych miejscówek. Ładna pogoda pozwala nam nie uczestniczyć w wyścigu szczurów, rozważamy namiot. Portugalskie owoce zamieniamy ostatnio na jadalne kasztany. Pieczonych próbowaliśmy w Porto, gotowanymi poczęstowali nas Niemcy kilka dni temu w albergue, a później dowiedzieliśmy się że można je chrupać na surowo. Rzeczywiście, w smaku przypominają orzechy i są bardzo zdrowe. Ponoć zalecane w stanach osłabienia, infekcji (mają tyle samo witaminy C co cytryny) i wzmożonego wysiłku – w sam raz dla nas. Dziś idzie się ciężko, kilometry jakoś powoli mijają. Przerwy robimy na zielonych polankach w słońcu, jutro ma już go nie byc, tym bardziej chłoniemy promienie. Mimo pogody to chyba nie był mój dzień, tak zachwalany odcinek, jako magiczna podróż na koniec świata z niezwykłymi widokami, póki co po dzisiejszym dniu kojarzyć mi się bedzie z nieznośnym zapachem kiszonki ciągnącym się kilometrami, bólem plecow i asfaltem. Chociaż nie ma co przesadzać, krajobrazy trzeba było przyznać że były piękne. Z naszymi karkonoskimi może by nie wygrały, ale ludziom z dużego miasta w USA zaparły dech w piersiach. Po 16 zbliżamy się do Olveiroa, są miejsca w miejskim albergue, więc rezygnujemy z namiotu i rozgaszczamy się tradycyjnie w wieloosobowej sali z piętrowymi łóżkami. Albergue jest ładnie wkomponowane w typowe galicyjskie kamienne budynki, mieści się w kilku z nich. Dwa to sypialnie, jeden to pralnia, następny to kuchnia i jeszcze recepcja. Dziś mamy na noclegu dużo więcej osób, ale jakaś i większa cisza w porównaniu do wczoraj, delektujemy się nią 🙂

Share Button